poniedziałek, 28 września 2009

Max Payne: Antologia

Kolekcja Max Payne: Antologia wylądowała na mojej półce dobry rok temu i tak sobie leżała i leżała, aż do czerwca. Wtedy to, mając uporządkowane wszystkie sprawy natury edukacyjnej, postanowiłem odkurzyć pudełko z płytkami i nadrobić zaległości. Tak naprawdę jednak do zagrania zmobilizowała mnie zapowiedź kontynuacji serii. Rockstar Games, jako aktualny posiadacz praw do tytułu Max Payne, zdecydował się na dopisanie kolejnego rozdziału do mrocznej opowieści nowojorskiego detektywa. Pomijając fakt, że nie będzie już tak mrocznie i o Nowym Jorku też możemy zapomnieć, pozwolę sobie zakończyć w tym miejscu wywód dotyczący kolejnej części - napiszę o niej wiele więcej w przyszłym roku, jak już sobie pogram :)

Wracając do pierwszego i drugiego Maksa, muszę od razu przyznać się, że są to tak w ogóle pierwsze od czasów Enter the Matrix (!) gry w które zagrałem, a nie posiadające w tytule magicznego Grand Theft Auto. No, dobra. Był jeszcze Driv3r w tym roku, ale to szybki szpil i nie zmienia to faktu, że dawno nie grałem w nic innego. Wcale nie żartuję. I nie wstyd mi też :p A propos długości gry, ani Max Payne ani też The Fall of Max Payne nie zabrały mi zbyt wiele czasu. Według mnie obie gry są nawet skandalicznie krótkie. W ogóle ich nie katowałem (raptem 3-4 godziny dziennie), a i tak każda kończyła się nie później niż szóstej doby.


Fabuła krótka, nie zmienia to jednak faktu, że genialna. Zawsze grałem w godzinach wieczornych, gdy za oknem robiło się już kompletnie ciemno i (znowu przyznaję się bez bicia) nieraz ciarki przechodziły mi po plecach. Okey, okey, Max to nie horror, ale klimat ma niesamowity. Budująca napięcie muzyka tylko dopełnia dzieła. Payne parł do przodu, a mnie nie opuszczało przerażające przeświadczenie, że zza każdego roku może nagle wyskoczyć przeciwnik lub (co gorsza) cała banda samobójców. Tak, tak. Bo z twardzielem Maksem nikt nie miał szans! :)

Nie wiem czy jest jakikolwiek sens opowiadać o co chodzi z historią Maksa, bo to gra na tyle kultowa, że każdy powinien się chociaż plus minus orientować. Pierwsza część to (prywatne oczywiście) śledztwo w sprawie zabójstwa żony i małej córeczki detektywa. Przemierzamy najróżniejsze lokacje, od opuszczonej stacji metra, przez wielki klub muzyczny i nowojorski port, aż po willę mafioza i biurowiec tajemniczej korporacji farmaceutycznej. Właśnie w siedzibie Aesir ostatecznie rozprawiamy się z głównymi winowajcami mordu na najbliższych Maksa. Drugą część gry oparto na motywie powracających kłopotów. Payne znowu wplątuje się w intrygę, wkracza do świata, w którym nic nie jest takie jakie się wydaje i ponownie spotyka zabójczo piękną Monę Sax. Na domiar złego zabija swoją "partnerkę" z czego wynikają dodatkowe problemy. Na szczęście wszystko i tak kończy się dobrze, jakże by inaczej.

Druga część serii to oczywiście poza nową fabułą przede wszystkim udoskonalenia w silniku graficznym i fizyce. Gra jest teraz ładniejsza, a i Maksio może normalnie poruszać się, gdy czas zwalnia. No właśnie, spowolniony czas, czyli tzw. Bullet Time, to bodaj najbardziej charakterystyczny element serii - swoisty wyróżnik na tle innych produkcji. Jak we wstępie do gry piszą twórcy, zwolnienie biegu czasu to nie tylko fajny bajer i innowacja. Czasem wręcz niemożliwe jest wyjście z opresji w jednym kawałku bez użycia tego przydatnego trybu. Obie części Maksa Payne'a to bez wątpienia pozycje obowiązkowe dla każdego gracza. W swoim czasie były to prawdziwie nowatorskie produkcje, stojące na najwyższym poziomie, dzięki czemu trwale wpisały się na listę niezapomnianych przebojów elektronicznej rozrywki. Brawo Remedy, brawo 3D Realms!

* * * * *